RSS
poniedziałek, 01 listopada 2010
Futraki się przenoszą....
...ale SPOKOJNIE...
przenosimy się TYLKO z blogiem.
Na inny serwer.
Nie będziemy już bloga więcej kładli na GazecieW :-D
HA!
Zapraszamy do Futraków, jeszcze częściej, bo nowy blog jest wygodniejszy i kompatybilniejszy ze wszechmiar.
No i ja się muszę odblokować, bo nie blogowałam masakrytycznie długo (przyczyny polityczne :P)

Także zapraszamy do nas wszem i wobec!
Klik Klik:

http://futraki.blogspot.com/
poniedziałek, 25 października 2010
nastolatek

Nastoletni syn to już nie przelewki. A od dziś, od dnia jedenastych urodzin, Franek będzie właśnie nastolatkiem.

Co z niego dalej wyrośnie? Chyba nie ma dnia żebyśmy sobie takiego pytania nie zadawali. Coraz bardziej widać jakim "osobnym" od nas człowiekiem jest i jak coraz bardziej się staje samodzielny, żeby nie powiedzieć jeszcze "dorosły".

A z drugiej strony ile w nim jeszcze dziecka siedzi... Z dnia na dzień coraz mniej, ale mam nadzieję, że nigdy nie pozbędzie się tego dziecka w sobie.

I że nabierze dystansu do życia, siebie i innych. I że przyniesie mu to uśmiech na codzień.

I tego Ci synku w dniu urodzin życzę :)

 

A wczoraj na imprezie urodzinowej było tak:

tort nieco nietypowy :)

 

walka była zacięta, wygrały dziewczęta

 

no kto zgadnie jaki film pokazuje Dominik?

 

po wysiłku fizycznym i umysłowym posilić się trzeba

 

A dziś przychodzą znajomi dorośli. Też będzie wesoło, chociaż pewnie nie tak jak wczoraj :)

poniedziałek, 18 października 2010
coś nowego

 

y do normalności. Franek w szkole, Zuzka w przedszkolu, rodzice zajęci. Dajemy radę chociaż lista "spraw do zrobienia" się wydłuża.
W zasadzie ta "normalność" będzie wyglądała nieco inaczej niż do tej pory. Iwka szykuje jakieś kulinarne rewolucje, abyśmy lepiej wyglądali i takoż się czuli. Ja wstaję od dziś o 6:00, żeby poranną porą w spokoju nadrobić zaległości i zrobić co trzeba. Do tej pory wszystko co ważne robiłem wieczorami i nocami, kiedy dzieci spały (Iwka zresztą najczęściej też).
Teraz wieczory będą krótsze i raczej rodzinno-rozrywkowe. Za to poranki zaczynają się wcześniej i dają więcej pola do popisu, bo oprócz nadrabiania własnych zaległości mogę też zrobić Frankowi jakąś wyjątkowo smakowitą kanapkę do szkoły. Mam dodatkową motywację, bo często te kanapki zjadam ja sam po szkole Franka, który wydaje się tak zajęty, że nawet na lunch nie ma czasu.
Tak więc zmiany nadciągnęły nad futraczy dom. Jak nam się spodoba to co przyniosą, będzie dobrze, jak nie - wrócimy do normalnej normalności.
Ogólnie z pełnym optymizmem patrzymy w przyszłość. Co zresztą jest niezmienne od lat :

Wracamy do normalności. Franek w szkole, Zuzka w przedszkolu, rodzice zajęci. Dajemy radę chociaż lista "spraw do zrobienia" się wydłuża.

W zasadzie ta "normalność" będzie wyglądała nieco inaczej niż do tej pory. Iwka szykuje jakieś kulinarne rewolucje, abyśmy lepiej wyglądali i takoż się czuli. Ja wstaję od dziś o 6:00, żeby poranną porą w spokoju nadrobić zaległości i zrobić co trzeba. Do tej pory wszystko co ważne robiłem wieczorami i nocami, kiedy dzieci spały (Iwka zresztą najczęściej też).

Teraz wieczory będą krótsze i raczej rodzinno-rozrywkowe. Za to poranki zaczynają się wcześniej i dają więcej pola do popisu, bo oprócz nadrabiania własnych zaległości mogę też zrobić Frankowi jakąś wyjątkowo smakowitą kanapkę do szkoły. Mam dodatkową motywację, bo często te kanapki zjadam ja sam po szkole Franka, który wydaje się tak zajęty, że nawet na lunch nie ma czasu.

Tak więc zmiany nadciągnęły nad futraczy dom. Jak nam się spodoba to co przyniosą, będzie dobrze, jak nie - wrócimy do normalnej normalności.

Ogólnie z pełnym optymizmem patrzymy w przyszłość. Co zresztą jest niezmienne od lat :)

 

niedziela, 17 października 2010
wszędzie dobrze

 

Możnaby westchnąć: "Nareszcie w domu." Nie to żeby nam się nie podobało na wyjazdach, nie to żebyśmy nie byli szczęśliwi widząc rodzinę i znajomych, nie to żebyśmy w ogóle byli jakimiś wyjątkowymi domatorami i najchętniej nie opuszczali naszych domowych pieleszy, ale jednak wyspanie się we własnym łóżku i spokój naszego małego domowego świata cenimy sobie bardzo. Tak bardzo, że cieszę się na myśl o tym, że czeka nas tutaj jesień i zima, a pewnie i wiosna bez żadnych dalekich wojaży, bez zarywania nocy poza domem, bez włóczenia się gdzieś daleko po świecie. Prawdopodobnie najdalszą wyprawą jaka nas czeka w najbliższym czasie będzie jazda po jakiś upatrzony samochóð w dobrej cenie, oczywiście jeśli żadna fajna okazja nie trafi się na miejscu.
Wróciliśmy z Polski, ze ślubu mojej małej siostry, która od tygodnia nosi inne nazwisko i jest pełnoprawnie zamężna. Ślub i wesele było jak się patrzy, zabawa przednia, tańce do rana, towarzystwo z pierwszej półki, jedzenie tak dobre, że skutki jego smakowitości odczuwamy do dziś. Jednym słowem - Gratulujemy i życzymy szczęścia na nowej drodze życia. A że obrazy warte są podobno więcej niż słowa...
...resztę można obejrzeć tutaj. http://picasaweb.google.com/chris.waterford/PolskaSlubMagdyIPatrykaIInne#
Oczywiście Futraki nie byłyby Futrakami, a raczej Iwka nie byłaby Iwką, gdyby przy okazji nie została zorganizowana jakaś wyprawa krajoznawcza. Tym razem padło na zamek w Kórniku. Było blisko, ładnie i zostawiło niedosyt i chęć wrócenia na dłużej.
Po weselu zrobiliśmy mału chill-out w Ustanówku...
...a jak było zimno grzaliśmy się w służbowym kominku Agaty...
...i odwiedzaliśmy bajkowy świat Łęgu.
Narzekać nie ma na co, może poza tym, że to wszystko tak daleko od nas. Tylko, że mając to wszystko na codzień w zasięgu ręki, nie docenilibyśmy tego tak samo. Tęskno nam, każdemu na swój sposób. Zuzka już się pyta, kiedy jedziemy do samolotu i lecimy na Łęg, Franek wspomina "jak to fajnie było w Polsce", my dorośli wciąż mamy niedosyt spotkań, rozmów i bycia z ludźmi. Ale wiemy, że na dziś dzień to tutaj jest nasze miejsce, w tym domku na cichym osiedlu, wśród tutejszych znajomych i ludzi, którym jesteśmy potrzebni, a oni nam. I na razie tu zostajemy, chociaż nie wiemy jak długo, co zresztą odpowiadałem na chyba najczęściej zadawane w Polsce pytanie: "Kiedy wracacie?"

Możnaby westchnąć: "Nareszcie w domu." Nie to żeby nam się nie podobało na wyjazdach, nie to żebyśmy nie byli szczęśliwi widząc rodzinę i znajomych, nie to żebyśmy w ogóle byli jakimiś wyjątkowymi domatorami i najchętniej nie opuszczali naszych domowych pieleszy, ale jednak wyspanie się we własnym łóżku i spokój naszego małego domowego świata cenimy sobie bardzo. Tak bardzo, że cieszę się na myśl o tym, że czeka nas tutaj jesień i zima, a pewnie i wiosna bez żadnych dalekich wojaży, bez zarywania nocy poza domem, bez włóczenia się gdzieś daleko po świecie. Prawdopodobnie najdalszą wyprawą jaka nas czeka w najbliższym czasie będzie jazda po jakiś upatrzony samochóð w dobrej cenie, oczywiście jeśli żadna fajna okazja nie trafi się na miejscu.

 

Wróciliśmy z Polski, ze ślubu mojej małej siostry, która od tygodnia nosi inne nazwisko i jest pełnoprawnie zamężna. Ślub i wesele było jak się patrzy, zabawa przednia, tańce do rana, towarzystwo z pierwszej półki, jedzenie tak dobre, że skutki jego smakowitości odczuwamy do dziś. Jednym słowem - Gratulujemy i życzymy szczęścia na nowej drodze życia. A że obrazy warte są podobno więcej niż słowa...

 

 

 

 

 

 

 

 

...resztę można obejrzeć tutaj.

 

Oczywiście Futraki nie byłyby Futrakami, a raczej Iwka nie byłaby Iwką, gdyby przy okazji nie została zorganizowana jakaś wyprawa krajoznawcza. Tym razem padło na zamek w Kórniku. Było blisko, ładnie i zostawiło niedosyt i chęć wrócenia na dłużej.

 

 

 

 

Po weselu zrobiliśmy mału chill-out w Ustanówku...

 

...a jak było zimno grzaliśmy się w służbowym kominku Agaty...

 

...i odwiedzaliśmy bajkowy świat Łęgu.

 

Narzekać nie ma na co, może poza tym, że to wszystko tak daleko od nas. Tylko, że mając to wszystko na codzień w zasięgu ręki, nie docenilibyśmy tego tak samo. Tęskno nam, każdemu na swój sposób. Zuzka już się pyta, kiedy jedziemy do samolotu i lecimy na Łęg, Franek wspomina "jak to fajnie było w Polsce", my dorośli wciąż mamy niedosyt spotkań, rozmów i bycia z ludźmi. Ale wiemy, że na dziś dzień to tutaj jest nasze miejsce, w tym domku na cichym osiedlu, wśród tutejszych znajomych i ludzi, którym jesteśmy potrzebni, a oni nam. I na razie tu zostajemy, chociaż nie wiemy jak długo, co zresztą odpowiadałem na chyba najczęściej zadawane w Polsce pytanie: "Kiedy wracacie?"

 

środa, 06 października 2010
jedziemy na ślub Magdy i Patryka

 

Jutro w nocy znów będziemy w Polsce. Dzieci już odliczają czas, każde na swój sposób.
Franek od kilku dni wstając rano, kładąc się wieczorem i kilkakrotnie w ciągu dnia wylicza sobie i każdemu kto się akurat napatoczy, że "do Polski jeszcze tylko 4 dni i 6 godzin", tak dla przykładu. Wczoraj po obiedzie stwierdził: "No... pojutrze o tej porze będziemy już stali i czekali na autobus do Cork." Była dokładnie 17:45 i jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to będzie właśnie tak jak mówił Franek.
A Zuzka? W zasadzie od tygodnia ciągle chce jechać na "wesele Magdy". I to już, tu i teraz. I nie pomagają wyjaśnienia, że samolot jeszcze nie leci, że nie ma jeszcze autobusu. Ona na to, że: "Chcę zobaczyć, jak nie ma autobusu." No i weź tu pokaż dziecku autobus którego nie ma, albo samolot który nie leci.
Ale żeby nie było tak, że tylko dzieci nie mogą się doczekać. My też, stare konie, cieszymy się jak norki na wyjazd. Cieszymy się, że znów zobaczymy rodzinę, że moja mała siostrzyczka dostanie od losy męża, że wesele będzie przednie, że potem jeszcze odwiedzimy konstancińskie rodzinne przyległości, że zjemy coś w Grubej Rybie, że będziemy mieli taką chwilę odskoczni o spraw miejscowych.
A ja się jeszcze cieszę na przeczucie Iwki, że po powrocie znajdziemy takie prace o jakie nam chodzi. A jeśli chodzi o przeczucia mojej żony to ufam im. Koniec kropka. Zresztą... co tu dużo mówić. Już pojawiły się symptomy zapowiadające, już coś się zaczyna dziać, jakieś nieznaczne ruchy są wykonywane i słychać jakieś obiecujące dźwięki. Na razie nic więcej nie napiszę, bo nic więcej nie wiem, ale idzie ku dobremu.

Jutro w nocy znów będziemy w Polsce. Dzieci już odliczają czas, każde na swój sposób.

Franek od kilku dni wstając rano, kładąc się wieczorem i kilkakrotnie w ciągu dnia wylicza sobie i każdemu kto się akurat napatoczy, że "do Polski jeszcze tylko 4 dni i 6 godzin", tak dla przykładu. Wczoraj po obiedzie stwierdził: "No... pojutrze o tej porze będziemy już stali i czekali na autobus do Cork." Była dokładnie 17:45 i jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to będzie właśnie tak jak mówił Franek.

A Zuzka? W zasadzie od tygodnia ciągle chce jechać na "wesele Magdy". I to już, tu i teraz. I nie pomagają wyjaśnienia, że samolot jeszcze nie leci, że nie ma jeszcze autobusu. Ona na to, że: "Chcę zobaczyć, jak nie ma autobusu." No i weź tu pokaż dziecku autobus którego nie ma, albo samolot który nie leci.

Ale żeby nie było tak, że tylko dzieci nie mogą się doczekać. My też, stare konie, cieszymy się jak norki na wyjazd. Cieszymy się, że znów zobaczymy rodzinę, że moja mała siostrzyczka dostanie od losy męża, że wesele będzie przednie, że potem jeszcze odwiedzimy konstancińskie rodzinne przyległości, że zjemy coś w Grubej Rybie, że będziemy mieli taką chwilę odskoczni o spraw miejscowych.

A ja się jeszcze cieszę na przeczucie Iwki, że po powrocie znajdziemy takie prace o jakie nam chodzi. A jeśli chodzi o przeczucia mojej żony to ufam im. Koniec kropka. Zresztą... co tu dużo mówić. Już pojawiły się symptomy zapowiadające, już coś się zaczyna dziać, jakieś nieznaczne ruchy są wykonywane i słychać jakieś obiecujące dźwięki. Na razie nic więcej nie napiszę, bo nic więcej nie wiem, ale idzie ku dobremu.

 

 

PS. Zuzka właśnie usypiała i kazała sobie wymienić wszystkich, którzy będą na weselu. i po wymienieniu wszystkich babć, dziadków, ciotek i wujków, a do tego znajomych ciągle się pytała "kto jesce?" I jak stwierdziłem, że wymienianie fikcyjnych imion już dalej nie ma sensu, strasznie się zdenerwowała, że tak mało ludzi będzie :)

PS. 2 Iwka zrobiła dziś zdjęcia dzieciom. Aż szkoda się nie podzielić :)

 

 

Do zobaczenia!

sobota, 02 października 2010
dziś powoli

Iwka i dzieci się pospały. Coś podejrzewam że ma to jakiś związek z tym, że wczoraj nieprzyzwoicie późno się położyliśmy wszyscy. Dzieci niby wcześniej niż dorośli, ale jednak... A dziś rano Franek do polskiej szkoły poleciał... i zaraz wrócił złożony lekko jakimś przeziębieniem chyba, ewentualnie przejedzeniem tortowym.

Bo wczoraj wieczorową porą u Futraków był tort, przekąski, muzyka i co najważniejsze goście. Krótko mówiąc świętowaliśmy moje 35-te urodziny.

Tort w wykonaniu Iwy najpierw zebrał brawa za wygląd, a potem... słychać było tylko mlaskanie i cmokanie :)

 

(właśnie wstała Zuzka, więc już tylko zdjęcia, bez komentarza)

 

 

 

 

I śmigam do córci :)

piątek, 24 września 2010
Niespodzianka - Marsz Mendelsona :)
Wilanów?
Eh... Wilanów pamiętnego dnia... 2010 roku...

14 sierpnia we wspomnienie Św Maksymiliana Marii-Kolbego, w dniu Energetyka, w wigilię Maryjnych Świąt...

... ślubowali Aneta i Ryszard - Miłość, wierność i uczciwość małżeńską w imię Trójcy Świętej.



Ta! dam!



wtorek, 21 września 2010
obrazki z życia

Zaczynając od końca...

Zuzka wygląda obecnie tak:

oraz tak:

 

Przyszła pani Grażynka i podcięła włosiny. Zuzka zachwycona zbiera od znajomych i pań w przedszkolu zasłużone komplementy nowo-fryzurowe.

 

W weekend wybraliśmy się na finał Waterford Harvest Festival, czyli takiego festiwali dożynkowego w wersji irlandzkiej. Lekkie wahania co do pogody szybko się rozwiały. Dzieciaki biegały od stoiska do stoiska, od Wikingów do wielkich os (Zuzka od os uciekała chociaż z daleka ją fascynowały) od wyścigów małych traktorów do prawdziwych traktorów niektórych starszych od nas samych.

 

 

 

 

 

Tydzień wcześniej też było wesoło. Pogoda mniej niepewna, tłum ludzi na The Quay i smakołyki z całego świata.

 

 

A jeszcze tak wspominkowo...

Wakacje się już skończyły dawno, ale zawsze to miło powspominać.

 

Wieliczka

 

Janikowo

 

Leśniczówka

 

Gruba Ryba - Urodziny Iwki

 

Poznań

 

Wrocław

 

Na tę chwilę to tyle. Jak będziemy online wieczorem (bo ostatnio internet zamiera wraz z zachodem słońca) to wrzucę jeszcze jakieś obrazki ruchome. Ale obiecać nie mogę.

poniedziałek, 06 września 2010
oficjalnie - jest jesień

 

Patrząc za okno można uznać, że lato oficjalnie się skończyło. Dokładnie tydzień po naszym powrocie z większośći upalnej i dusznej Polski, irlandzka pogoda postanowiła wrócić do wyspiarskiej normy. Krótko mówiąc od wczoraj w nocy z nieba leją się potoki wody, wiatr chce za wszelką cenę wyrwać okna i drzwi, a o słońcu schowanym za grubymi chmurami można zapomnieć.
Zuzka dziś z radością założyła swoje przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę, a na nogi wzuła ulubione różowe kalosze... i zaczęła w podskokoach biegać po domu. Potem chwyciła parasolkę i ruszyła dzielnie w kierunku przedszkola. Tych, którzy już się przerazili, że ganiamy małe dziecko po ulewie, spieszę uspokoić. Deszcze przychidzą tu falami, to znaczy fala mżawki, fala zwykłego deszczu, fala ściany wody, ewentualnie czasami fala deszczu poziomego jeśli akurat jeszcze wieje mocniej, i potem zmów fala mżawki. Akurat Zuzka dotarła do przedszkola podczas tej ostatniej, czyli w chwili kiedy w zasadzie nie padało (to "w zasadzie" jest tutaj kluczowe, bo "w zasadzie nie pada" oznacza tyle, że nie widać kropel, ale człowiek i tak po spacerze w takim "nie-deszczu" jest dobrze mokry).
Ale nie o deszczu miało być, tylko o wakacjach futracznych w Polsce.
W takie dni jak dziś łatwo zapomnieć jak to było upalnie, słonczenie, duszno, więc dobrze że są zdjęcia.
Zaczęło się od długo wyczekiwanej wycieczki do kopalni soli w Wieliczce (w zasadzie zaczęło się od odwiedzin u Chodaka, ale to była część raczej "nieoficjalna"). Najpierw zeszliśmy 90 metrów pod ziemię niekończącym się szybem, a potem... było tylko głębiej i głębiej. Imponujące komory skąd wybrano sól, potężne rzeźby z tejże soli, niekończące się korytarze, słone ściany i podłogi... i najlepsze z tego wszystkiego - stała temperatura 14 stopni Celsjusza, aż się nie chciało wychodzić na powierzchnię z jej dwa razy wyższą tempertaturą. Dzieciaki zmęczone, ale zachwycone. Ja miałem ochotę na dodatkowy kilometr pod ziemią, ale późna pora i coraz bardziej bolące nogi były przeciw. Może następnym razem.
Potem jazda przez Kraków do Radomia i kolacja u teściów. I pierwsze powitania z rodziną, pierwsze opowieści, pierwsze zachwyty "jakie te dzieci duże!!". Dzień potem podobne rekacje były u teściów mojej żony, czyli roziców moich osobistych w Ustanówku. Dziadkowie pozachwycali się wnukami, rozpieścili je na szybko i na tyle na ile mogli. I na pewno czuli niedosyt. Z wzajemnością, zresztą.
Wylądowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a dopiero w czwartek popołudniem dotarliśmy w miejsce mniej więcej docelowe, czyli na Łęg, czyli do Janikowa, gdzie mieliśmy spędzić co najmniej kilka nocy. I znów podziwianie dzieci, tym razem z wzajemnością, bo Jagna i Jeremi też wyrośli na schwał. I znów nocne Polaków rozmowy. I czasami miało się wrażenie, że wpadliśmy na weekend z pobliskiego Konstancina, że tak naprawdę na codzień nie dzieli nas prawie 2000 kilometrów.
A poranek powiatał nas słońcem prosto w twarz i powietrzem, którym przynajmniej mi trudno oddychać z racji jego temperatury. Na szczęście wystarczyło kilka kroków i można było schłodzić się w basenie. O pływaniu mowy nie było, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Gdyby nie to, że czasami trzeba było się dziećmi zająć poza basenem, albo obiad zjeść, albo pojechać "gdzieś-pocoś", najchętniej wcale bym z niego nie wychodził.
No i nadszedł weekend... i tak zwany punkt kluczowy wyjazdu, czyli ślub Anety i Ryśka. Ale o tym co się działo tak i potem w kolejnym odcinku :)

Patrząc za okno można uznać, że lato oficjalnie się skończyło. Dokładnie tydzień po naszym powrocie z, w większości upalnej i dusznej, Polski, irlandzka pogoda postanowiła wrócić do wyspiarskiej normy. Krótko mówiąc od wczoraj w nocy z nieba leją się potoki wody, wiatr chce za wszelką cenę wyrwać okna i drzwi, a o słońcu schowanym za grubymi chmurami można zapomnieć.

Zuzka dziś z radością założyła swoje przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę, a na nogi wzuła ulubione różowe kalosze... i zaczęła w podskokach biegać po domu. Potem chwyciła parasolkę i ruszyła dzielnie w kierunku przedszkola. Tych, którzy już się przerazili, że ganiamy małe dziecko po ulewie, spieszę uspokoić. Deszcze przychodzą tu falami, to znaczy fala mżawki, fala zwykłego deszczu, fala ściany wody, ewentualnie czasami fala deszczu poziomego jeśli akurat wieje mocniej, i potem znów fala mżawki. Akurat Zuzka dotarła do przedszkola podczas tej ostatniej, czyli w chwili kiedy w zasadzie nie padało (to "w zasadzie" jest tutaj kluczowe, bo "w zasadzie nie pada" oznacza tyle, że nie widać kropel, ale człowiek i tak po spacerze w takim "nie-deszczu" jest dobrze mokry).

Ale nie o deszczu miało być, tylko o wakacjach futracznych w Polsce.

W takie dni jak dziś łatwo zapomnieć jak to było upalnie, słonczenie, duszno, więc dobrze że są zdjęcia.

 

Zaczęło się od długo wyczekiwanej wycieczki do kopalni soli w Wieliczce (w zasadzie zaczęło się od odwiedzin u Chodaka, ale to była część raczej "nieoficjalna"). Najpierw zeszliśmy 90 metrów pod ziemię niekończącym się szybem, a potem... było tylko głębiej i głębiej. Imponujące komory skąd wybrano sól, potężne rzeźby z tejże soli, niekończące się korytarze, słone ściany i podłogi... i najlepsze z tego wszystkiego - stała temperatura 14 stopni Celsjusza. Aż się nie chciało wychodzić na powierzchnię z jej grzejącym nawet w cieniu słońcem (czy ja nie za bardzo narzekam na upał?). Dzieciaki zmęczone, ale zachwycone. Trochę mieliśmy ochotę na dodatkowy kilometr pod ziemią, ale późna pora i coraz bardziej bolące nogi były przeciw. Może następnym razem.

 

 

Potem jazda przez Kraków do Radomia i kolacja u teściów. I pierwsze powitania z rodziną, pierwsze opowieści, pierwsze zachwyty "jakie te dzieci duże!!". Dzień potem podobne rekacje były u teściów mojej żony, czyli roziców moich osobistych w Ustanówku. Dziadkowie pozachwycali się wnukami, rozpieścili je na szybko i na tyle na ile mogli. I na pewno czuli niedosyt. Z wzajemnością, zresztą.

Wylądowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a dopiero w czwartek popołudniem dotarliśmy w miejsce mniej więcej docelowe, czyli na Łęg, czyli do Janikowa, gdzie mieliśmy spędzić co najmniej kilka nocy. I znów podziwianie dzieci, tym razem z wzajemnością, bo Jagna i Jeremi też wyrośli na schwał. I znów nocne Polaków rozmowy. I czasami miało się wrażenie, że wpadliśmy na weekend z pobliskiego Konstancina, że tak naprawdę na codzień nie dzieli nas prawie 2000 kilometrów.

A poranek powitał nas słońcem prosto w twarz i powietrzem, którym przynajmniej mi trudno oddychać z racji jego temperatury. Na szczęście wystarczyło kilka kroków i można było schłodzić się w basenie. O pływaniu mowy nie było, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. Gdyby nie to, że czasami trzeba było się dziećmi zająć poza basenem, albo obiad zjeść, albo pojechać "gdzieś-pocoś", najchętniej wcale bym z niego nie wychodził.

 

 

 

 

No i nadszedł weekend... i tak zwany punkt kluczowy wyjazdu, czyli ślub Anety i Ryśka. Ale o tym co się działo opowiemy w kolejnym odcinku :)

 

środa, 04 sierpnia 2010
ruchome obrazki

Jeszcze dwa obrazki ze Spraoi. Tym razem poruszają się i wydają dźwięk.

Hors Service - doskonali francuscy kelnerzy (z dedykacją dla "Grubej Ryby" Ryśka)

 

Zuzka po tacie ma między innymi uwielbienie dęciaków

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37